malinawchinach blog

Twój nowy blog

Zdjęcia Maliny

Brak komentarzy

Z powodu problemów technicznych, nie leżących absolutnie po mojej stronie, z bloga zniknęły zdjęcia :[

Jeśli 1) wymyślę rozwiązanie tego problemu i 2) znajdę czas, na pewno zdjęcia znów się tu pojawią! Na razie zachęcam do oglądania zdjęć na stronie ze zdjęciami Maliny – link po lewej stronie.

Może znów za rok… ale tym razem nie na arbeit… może koleją transsyberyjską… pozostaje mi jedynie zaprosić do powtórnej lektury zapisków z zeszłego lata, czyli do archiwum.

Fakt, nieuprzejme z mojej strony i niepatriotyczne to było zagranie. Rehabilituję się niniejszym.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu, pamiętaj jaki spokój może być w ciszy.

Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi.

Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swą opowieść.

Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu.

Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu.

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć; nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.

Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata: nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o Jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia; w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą.

Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny…

Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

Tekst napisał w 1927 roku Max Ehrman, a na tej stronie: Dezyderata w Wikipedii jest artykuł na jego temat.

Próbując na nowo przystosować się do polskiej rzeczywistości, uzupełnię jeszcze szybciutko fotorelację z Hong Kongu. Który moim ulubionym miastem jest. Bez cienia wątpliwości. Tak więc poważnie rozważę wszelkie propozycje matrymonialne kandytatów mieszkających tamże :)

A największy na świecie wolnostojący posąg Buddy wygląda tak:

Zapraszam do obejrzenia zdjęć na stronie Zdjęcia Maliny. Lokalnych znajomych zapraszam do siebie na pełną relację z lata w Chinach przy chińskiej herbacie.
Do out-sidera: no niestety już tu jestem, a nie tam. Żal, żal…
Malina

Nareszcie przezywam szok kulturowy! W Hong Kongu ludzie nie charcza i nie pluja! Niesamowite! A poza tym wszedzie sa czyste publiczne toalety. I darmowy internet w kawiarniach i muzeach.
Mimo niklego ostatnio odzewu ze strony moich czytelnikow, sila przyzwyczajenia jednak napisze, co u mnie.
Spedzilam pierwsza noc w otchlani Mirador Mansion. Z trzema mezczyznami. Dzis jednak sprobuje sie przeniesc do pokoju, chlopaki fajne i nie chrapia, ale lozka koszmarnie niewygodne.
Tak wyglada budynek Mirador Mansion:

A tak moj pokoj:

Czas w HK uplywa mi w duzej mierze na probach znalezienia taniego jedzenia ;) Po Chinach wydaje mi sie tu okropnie drogo, a w dodatku przeciez podrozuje za chinska pensje. Dzis moje wysilki raz zostaly zwienczone sukcesem. Ale tylko raz :(
Zmeczona jestem okropnie, bo za namowa dziarskiego piecdziesiecioszesciolatka weszlam na piechote na the Peak. Potem zaserwowalam sobie blisko trzykilometrowy spacer wokol szczytu wzgorza. Ledwo doszlam do stacji tramwaju i na dol zjechalam juz slynnym Peak Tram. Wjezdza na gore po linii prostej, wyobrazcie sobie nachylenie torow, po ktorych jedzie. Na moj gust 45 stopni spokojnie!
Licze na to, ze dzis wieczorem uda mi sie obejrzec Symphony of Lights, wczoraj odwolana ze wzgledu na pogode. To pokaz iluminacji wysokosciowcow na wyspie HK. Podobno zaiste ciekawe, zobaczymy, czy sie uda.
Poniewaz jestem zmeczona, jutro marzy mi sie tylko plaza w Shek O. Ale moze rano znajde sily na wycieczke do klasztoru na wyspie Lantau, w ktorym jest najwiekszy na swiecie (?) posag siedzacego Buddy. Z brazu.
Aha, skoro o rekordach Guinessa mowa: dzis jechalam najdluzszymi na swiecie (800m) schodami ruchomymi. Dwadziescia minut.

To te schody, ktore widac w tle przez okno w bodajze „Chungking Express”. Albo w innym filmie, ale mi sie myli :)
Do zobaczenia w Warszawie.

Modliszka

Brak komentarzy

Zachecam do klikniecia w link ze zdjeciami Maliny. Trzy nowe albumy. Przed moim powrotem wiecej nie bedzie.

Dzis moj ostatni dzien w Chinach, wracam tu juz za niecale dziesiec miesiecy!

Przede mna trauma powrotu do innego zycia, w ktorym nie bedzie wielu rzeczy. Niektorych bedzie mi brakowac, innych zdecydowanie nie.

Koniec podnieceniu towarzyszacemu rozszyfrowywaniu znaczenia sloganow reklamowych w Chinglish, takich jak tytulowe Looking for waiting, Winner fly a there, czy Nice perficest space. To ostatnie widnieje na bilbordzie obok zdjecia laptopa.

Koniec poczucia wyjatkowosci posrod tlumu.

Koniec uporczywych spojrzen przechodniow.

Koniec zdwojonej czujnosci na ulicy, ktorej celem jest zejscie z trajektorii lotu plwociny.

Koniec rozpieszczania sie dwoma lub trzema dziennie wizytami w chinskich restauracjach.

Koniec z cotygodniowym masazem za grosze.

Koniec z temperatura ok. 30 stopni, zarowno w dzien, jak i w nocy.

Koniec z wilgotnoscia powietrza powyzej 90%.

Koniec z sokiem z guawy, kupowanym za 3,50 w 7/11.

Koniec z pisaniem bloga z Chin.

Moje ostatnie dwa dni w Chinach. W sobote wygasa waznosc mojej wizy, wiec ruszam do HKG, gdzie spedze trzy dni w Mirador Arcade. Jednak brak mi odwagi na Chungking Mansions, Mirador podobno troche mniej… egzotyczne.

Hongkonskie ceny powalily mnie! Po nocach spedzanych w penjonatach za 25 yuanow, cena 160-200 dolarow (HKG) wydaje mi sie abberacyjna! Chyba przypomne sobie stare dobre czasy i zdecyduje sie na lozko w dormie za 60 dolarow. Ponoc nie wygladam na swoje trzydziesci lat, tutaj udalo mi sie nawet kupic studenckie bilety na mlody wyglad, wiec spedze te trzy noce jak studentka :) W koncu pozniej czeka mnie komfort mojego wlasnego mieszkania. W nagrode.

Niespecjalnie ekscytuje mnie wizja az trzech dni w HKG, zdecydowanie wole chinska wies. Coz, cos tam pewnie mozna robic z czasem ;) Zdecydowanie mniej opcji dla samotnej bialej kobiety, niz samotnego bialego mezczyzny… No, w zasadzie tylko jedna mozliwosc odpada, ta najpopularniejsza ;)

Za piec dni bede dygotala z zimna na Okeciu.

Chengyang jest ostatnim juz etapem mojej krotkiej podrozy po prowincji Guanxi. Jutro niestety zaczynam juz wracac do Shenzhen, co powinno mi zabrac ok. 24 godzin.
Ekskursje zaczelam w Yangshuo, ktore, zupelnie nie wiem dlaczego, Lonely Planet nazywa mekka backpackerow. Takie Zakopane z Krupowkami. Nie bede absolutnie narzekac na okolice: plynelam barka po przepieknej rzece Li, jezdzilam rowerem wzdluz rownie uroczej rzeki Yulong, posrod malowniczych wapiennych wzgorz, wspielam sie na jedno z nich – Ksiezycowe Wzgorze. Ale samo miasto niespecjalnie przypadlo mi do gustu.

Najslynniejsza ulica w Yanshuo to Xi Jie, zwana obecnie West Street. Rankiem faktycznie urocza: wylozona kamiennymi plytami ulica pomiedzy dwoma rzedami starych domow. Ale kiedy na parterze kazdego budynku otworza sie sklepiki z pamiatkami, kiedy swoje kramy rozstawia kramarze, kiedy pojawia sie fale turystow – not my cup of tea. A i tak jezdze po Chinach pomiedzy chinskim i zachodnim sezonem turystycznym.

Od razu w autobusie z Guilin pojawiaja sie naganiacze hotelowi, jednemu dalam sie nagonic :) Na szczescie – jak sie okazalo po pierwszej wizycie na gwarnej i tlocznej West Street – jego hotel znajduje sie nieco dalej od turystycznego centrum miasta. Udalo mi sie za zupelnie satysfakcjonujaca cene spedzic dwie noce w naprawde duzym, trzyosobowym pokoju z lazienka, w ktorym oczywiscie bylam sama. Wprawdzie telewizor nie dzialal, ale akurat to zadna strata :)
W Yangshuo poznalam Jonathana, podroznika ze Stanow, ktory po miesiacu w Birmie (czy w Burmie? czy jeszcze inaczej teraz zwie sie ten kraj?) i dwoch tygodniach nie pamietam gdzie, trafil do Chin. Wypatrzylismy sie nawzajem wlasnie na West Street, chyba po zdegustowanych minach przypadlismy sobie do gustu ;) Jon powital moje towarzystwo z nieukrywana radoscia po kilku tygodniach samotnych wojazy. Przenieslismy sie zatem w rejony chinskiego targu, ktory wieczorem zamienia sie w skupisko straganow z jedzeniem i oddalismy sie eksploracjom kulinarnym. Wedzonej wiewiorki jednak nie sprobowalismy…
Namowilam Jonathana na mala zmiane planow i razem wybralismy sie do Ping’An. Z Guilin do Longshengu wiedzie absolutnie przepiekna droga przez gory, wspinajaca sie serpentynami na ponad 1500m. Dookola wsie, przysiolki, tarasowe poletka i unoszacy sie w powietrzu zapach rosnacego wszedzie ryzu. Po drobnych perypetiach autobusowych udalo nam sie dotrzec do Ping’An – sielskiej wioski, nieopodal ktorej rozposcieraja sie slynne tarasowe pola ryzowe Longji – czyli Grzbiet Smoka.

 

Wioska jest skupiskiem starych drewnianych domow pobudowanych na stokach gor, pomiedzy ktorymi ciagnie sie labirynt kamiennych sciezek i schodkow. Okolice Longji zamieszkuje mniejszosc etniczna Zhoung. Maja wydatne usta, sa ciemniejsi niz Chinczycy znani mi z poludnia. Ich kobiety nosza w uszach grubasne kola, przez co maja rozciagniete platki uszu, a na glowach badz turbany, badz kunsztownie zwiniete baaaaardzo dlugie wlosy. Lub tez po prostu dlugie z doczepkami na czesc turystow ;) Co jest uwiecznione na filmie.
Z Jonathanem rozstalam sie nastepnego dnia, on wsiadl do autobusu do Guilin, a ja pojechalam dalej, do Longshengu. Tam absolutnie nikt nie rozumial slowa po angielsku, ja tez nie rozpoznawalam zadnych znanych mi slow w ich dialekcie. Na uporczywie powtarzane przeze mnie Sanjiang wsadzono mnie do autobusu, ktory odjechal dopiero po godzinie (podejrzewam, ze moglam zlapac wczesniejszy, jako ze jezdza po tej trasie co godzina!). No i sie zaczelo: 4 godziny po zupelnie nieistniejacej drodze. Podobno droga kiedys byla… Podobno droge naprawiaja… Ale mnie trudno w to uwierzyc. Czyzby zerwali asfalt na dlugosci stu kilkudziesieciu kilometrow? Cztery godziny podskakiwania na wybojach w palacym upale! Dwadziesciorokilkoro smierdzacych, spoconych Chinczykow i ja. Zapewne rownie spocona i woniejaca ;)
W Sanjiangu udalo mi sie trafic na niezwykle milego Chinczyka, ktory zaprowadzil mnie na postoj minibusow (zaczynalo juz zmierzchac, nie usmiechal mi sie nocleg w naprawde wstretnej miescinie) i upewnil sie, ze nie oszukaja mnie na cenie. Minibus do Chengyangu kosztuje 5 yuanow, pierwszy kierowca zawolal ode mnie 20!!
W minibusie poznalam wlasciciela pensjonatu, w ktorym oczywiscie teraz jestem. Poniewaz bylo juz zupelnie ciemno, kiedy tu dotarlam, nie mialam wiekszego wyboru. Z ceny wywolawczej 80 za noc w podwojnym pokoju z lazienka udalo mi sie zejsc do 25. I bardzo sobie chwale to miejsce, zona wlasciciela i jeszcze jedna mieszkajaca tu dziewczyna bardzo dobrze mowia po angielsku. Na miejscu niezle jedzenie, panstwo sa bardzo przyjazni i pomocni.
Wczoraj wieczorem zaprzyjaznilam sie z nocujacym tutaj chinskim packpackerem - Xu Jangiem. Pomimo bariery jezykowej :) Dzis razem wybralismy sie na naprawde uroczy spacer po okolicznych wioskach i siolach. Pierwszy naprawde bardzo przystojny Chinczyk, jakiego tu widzialam. Moze na polnocy sa atrakcyjniejsi… W przyszlym roku jade na polnoc! ;)

Do Chengyangu przywiodl mnie kryty most z 1916 roku, dlugi na 78 metrow, miejscowa ludnosc Dong, oraz wiklinowe kola zasilajace w wode okoliczne poletka ryzowe. Wydaje mi sie, ze sie powtarzam, ale warto bylo tluc sie te cztery godziny po gruntowej drodze, zeby spedzic tu troche czasu na slodkim lenistwie. I nawet gigantyczne pajaki, z ktorymi dziele pokoj, nie sa w stanie umniejszyc tej przyjemnosci!
Jutro z rana wsiadam w powrotny autobus do Guilinu, na chwile wracam do Yangshuo, a tam wsiadam w nocny autobus do Shenzhen. Tam musze sfinalizowac formalnosci wizowe i – Hong Kong. Ale naprawde nie mam ochoty, duzo bardziej podoba mi sie tutaj, na wsi!

A wiec sprawy maja sie tak: Nicole udalo sie, dzieki znajomosciom na policji, zbic kwote grzywny do 2500. Szkola zaproponowala mi pomoc finansowa, wiec z wlasnej kieszeni zaplacilam 1600. Nienajgorzej.

Wizyta w komendzie chinskiej policji byla dlugotrwala, ale dzieki Nicole malo stresujaca. Nawet mnie nie przesluchiwali, choc taka jest standardowa procedura w takich wypadkach. Musialam natomiast podpisac oswiadczenie stwierdzajace, ze zlamalam chinskie przepisy wizowe i godze sie z nalozona na mnie grzywna. Oraz podstemplowac podpis odciskiem linii papilarnych. Czubek wskazujacego palca mojej prawej dloni nadal jest lekko czerwony.

W poniedzialek odbieram wize wyjazdowa. A dzis zgodnie z planem wsiadam do pociagu, zaopatrzona w kopie paszportu. Mam nadzieje, ze pieniadz, ktory rzadzi swiatem, zamknie oczy hoteli na fakt, ze nie mam paszportu. Jestem dobrej mysli, sadze, ze gorzej byc nie moze ;)

Zreszta dzieki temu doswiadczeniu bardzo duzo dowiedzialam sie o Chinczykach i udalo mi sie do nich zblizyc. Najwyrazniej rozmowy, ktore toczylam z szefowa i z Nicole byly zbiezne z chinska taktyka negocjacji. Nie musialam prosic o pomoc finansowa, moja szefowa sama przyznala, ze czuje sie odpowiedzialna za to przeoczenie i sama zaproponowala „premie”. Nicole rowniez otworzyla sie przede mna, uslyszalam wiele historii i opinii nt kontaktow z cudzoziemcami, ktorych nikt inny nie slyszal.

Mam rowniez nadzieje, ze rozmawialam z nimi na tyle taktownie (lekcewazac rady innych laowai), ze most prowadzacy z powrotem do Shenzhen nadal stoi, jesli zechce z niego skorzystac w przyszlym roku.

Trzymajcie kciuki za to, bym dzis dotarla dalej niz do stacji kolejowej ;) Przede mna cala noc w pociagu na tzw. twardej lezance.

Powoli zaczynam tesknic za krajem, ale dlaczego wczoraj w Warszawie bylo 16 stopni??????


  • RSS